Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Apple. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Apple. Pokaż wszystkie posty

29 stycznia 2010

iPad - Apple kopiuje sam siebie?

Wprowadzenie przez Apple'a tabletu - abstrahując od samego nowatorstwa urządzenia - budziło ogromne nadzieje z powodu brandu - parasola (mother brand).
Apple to bowiem symbol nowoczesności, kreatywności, innowacyjności, świeże powietrze w stechnizowanym świecie przemysłu IT. Wszyscy to zresztą wiemy.
Wiemy, jak było z iPodem, a później z iPhonem.

Z iPadem może być jednak inaczej.

Zacznijmy od początku: wpisując w Google "iPad" wyświetla mi się sugestia błędu, poprawiająca na "iPod". I nie ma to dla znaczenia, że ja chcę dowiedzieć się czegoś o tablecie, a nie odtwarzaczu mp3 - Google wie lepiej.
Czuję oburzenie - minus dla marki. Ale nie złoszczę się na wyszukiwarkę (bo Google stał się ), lecz na Apple'a. Czyżby nie wiedzieli, że klient ma zawsze rację?

Nazwa iPada jest naprawdę dużym problemem. Nie tylko przez Google'a (z pewnością wkrótce się "nauczy"). Inne, popularne skojarzenie (w kilka godzin po uroczystej premierze tabletu robiące zawrotną karierę na Twitterze) to...iTampon.
Steve'owi Jobsowi chyba jednak nie o to chodziło...

Największym problemem jest jednak niemal homonimiczność nazw tabletu i mp3.
Wiadomo,że bardzo dużo zależy od akcentu (zwałaszcza w USA!), jednak planując ekspansję globalną (a Apple zapewne o tym myślało, wprowadzając swój produkt - nawet jeśli nie do sprzedaży, to do serwisów informacyjnych iPad dostał się wszędzie), trzeba być bardzo ostrożnym z tworzeniem nazw, w których "głoską krytyczną" jest samogłoska.
Byłoby idealnie, gdbyby nazwa brandu była łatwa do wymówienia w tzw. "Plain English" (czyli angielskim "międzynarodowym").
Zwłaszcza, że różnica między wymową "o" oraz "a" bywa w języku angielskim problematyczna.

O ile nazwa zapożycza z iPoda, to design - z iPhona. [Tutaj, jak widać, spolszczam - nie piszę już iPhone'a, lecz iPhona: ta druga forma stała się uzusem].
Tablet, zapowiadany jako urządzenie, na dobrą sprawę wygląda jak przerośnięty iPhone.
W dobie miniaturyzacji? Dziękuję bardzo!

I na koniec, kolejna namingowa wpadka: brak oryginalności (pojawiły się już spekulacje o pozwaniu Apple'a do sądu za naruszenie praw do nazwy): Fujitsu sprzedaje w Stanach urządzenie o nazwie iPad, służące to inwentaryzacji! (Cena: 2000 USD).

W Europie prawo do "iPada" ma STMicroelectronics - szwajcarskie przedsiębiorstwo produktujące mikroczipy .

Warto jednak wspomnieć, że podobne spekulacje, co do rzekomego plagiatu, pojawiały się przy okazji iPhona. Firma Cisco Systems sprzedawała wówczas zestaw słuchawek właśnie pod tą nazwą. Gdy prawnicy Cisco zagrozili pozwem, do akcji wkroczył sam Steve Jobs, który - jak zapewniają negocjatorzy z Cisco - "okazał się bardzo twardym biznesmenem".

Tym razem pewnie skończy się tak sao z Fujitsu. Gorzej jednak, że oprócz ewentualnego ściągania z innych, Apple - symbol kreatywności, zaczyna ściągać sam z siebie...

30 listopada 2009

Chomikowe szaleństwo

Ileż można bawić się PSP, Nintendo, Wii?
O ile w zeszłym roku nostalgia marketing, pomimo kryzysu, dotyczył jeszcze drogich imitacji tanich produktów, teraz robi się naprawdę taniej i mniej interaktywnie.
Naprawdę wracamy do natury, no, prawie.

Każdy z nas jako dziecko chyba prosił swoich rodziców o zwierzaka. To nasze pierwsze wstawki w PR-ze. Najczęściej zamiast psa, kończyło się na chomiku: bo mały, tani i łatwy w utrzymaniu.

Potem dzieci przesiadły się na komputery (w międzyczasie był jeszcze Furby i tamagotchi) i same ze zwierzaków zrezygnowały.

Ale żaden elektroniczny gadżet nie zastąpi mięciutkiego futerka (nawet jeśli będziemy mieć futrzasty futerał na PSP!) i cóż tu ukrywać - przywiązania i uczucia - do domowego zwierzątka.

Teraz jednak zbuntowali się rodzice (najczęściej pokolenie tych, którzy dostawali "na pocieszenie" chomiki), którzy pracując non stop, nie mają czasu nawet na niekłopotliwego chomika.

I tak oto pojawiła się moda na Zhu Zhu. Elektroniczne chomiki za niecałe 10 dolarow, które kręcą się w chomiczej karuzeli i chomiczo - jak żywe!

Zhu Zhu błyskawicznie znika ze sklepowych półek, a na Amazonie czy eBayu, osiągają - uwaga - astronomiczne ceny rzędu 60$!

Zhu Zhu bazuje bowiem na dzięcięcej potrzebie opiekowania się: przytulania, głaskania, czynią zadość marzeniom o własnym zwierzątku.
Rodzicom zdejmują ciężar z głowy, ale nie z portfela.

No, nie do końca: Zhu Zhu sprzedawany jest z różnymi gadżetami: pojazdami, deskorolkami (wszystko dla chomików, oczywiście), przez co dzieci mogą budować własny .
A marketerzy niemal bez końca poszerzać linię produktów.

Jak przyznaje Sean McGowan, analityk rynku produktów dla dzieci, kluczem do sukcesu Zhu Zhu jest...ich realizm!
To, że mają futro, są trójwymiarowe i nie trzeba mieć do nich monitora.
Że nie są z pikseli!

Producent Zhu Zhu, firma Cepia (zatrudniająca tylko 16 pracowników!), zobaczyła to, czego nie zobaczyli doświadczeni analitycy.
Że dzieci - pomimo całej elektroniki i "okablowania" - to tylko ciągle dzieci!
Owszem, skomplikowane gadżety przyciągają, ale pamiętajmy o piramidzie Maslowa: trzeba też czasem "uderzyć" w te proste, podstawowe potrzeby, bez których te wyższego rzędu ciągle pozostaną - a do tego nadają się proste przedmioty.

Brzytwa Ockhama w końcu też przetrwała próbę czasu. Ale czy ucięła long tail?

18 września 2009

iPhone to nie tylko Apple, lecz szansa dla innych brandów

Nie muszę chyba pisać, że aplikacje do iPhone'a stały się przemysłem samym w sobie. Statystyki i szczegóły można znaleźć na przykład tu i tu.

Chciałabym poruszyć problem aplikacji w sensie marketingowym i brandingowym: coraz więcej firm bowiem tworzy dedykowane aplikacje do pobrania - najczęściej za darmo.
Problem w tym, że niewiele z nich jest naprawdę przydatnych.

Owszem, sporo aplikacji pobieranych z iTunes to głównie rozrywka, często nie mająca zastosowania (jak choćby aplikacja zmieniająca ekran w dyskotekową kulę - ładny efekt i tyle).
Jeśli już, to zastosowanie w dedykowanych aplikacjach ogranicza się tylko do marki, którą promują - np. pomagając znaleźć lokale danej sieci restauracji.

Tymczasem najczęściej używanymi aplikacjami są te, które - jakże to zaskakujące - po prostu się przydają. Ot, choćby do organizowania zakładek i robienia notatek (Evernote).

Przydatność to główna zaleta, która może przyciągnąć do aplikacji odbiorców - potencjalnych klientów marki. Właśnie: potencjalnych. Prymarnym zadaniem aplikacji do iPhone'a nie powinno być promowanie marki, ale ułatwianie życia konsumentowi.
Niby proste, jednak firmy, decydując się na stworzenie własnej aplikacji, mimo wszystko wybierają promocję marki (silniejsza ekspozycja brandu kosztem możliwoości oferowanych przez aplikację).

To zrozumiałe (chcemy, żeby nasz brand był jak najbardziej widoczny), ale na dłuższą metę - raczej nieopłacalne.
Pamiętajmy, że tworząc przydatną aplikację, przywiązujemy do niej konsumentów. Ci, mogąc jej używać i ją współtworzyć (kolejne wersje?), staną się jej naturalnymi ewangelistami.

I chociaż chwalić będą aplikację jako taką, a nie markę, która jej "patronuje", to - na zasadzie efektu halo bądź efektu aureoli - splendor, przywiązanie, pozytywne konotacje z marką wyniesione z aplikacji przełożą się na prawdziwe życie. Czasami pewnie zupełnie nieświadomie.

Dawanie użyteczności bez nadmiernej autopromocji wpisuje się w trend "freekonomics" opisany przez Chrisa Andersona (tego od "długiego ogona").
Dobrymi przykładami aplikacji ciekawych, przydatnych i darmowych, są aplikacje sygnowane przez gazety i czasopisma - ot, choćby aplikacja "Style.com" - która nawiązuje do portalu Style.com i miesięcznika "Vogue".
Aplikacja jest łatwa w obsłudze, elegancka (co w tej kategorii tematycznej nie jest bez znaczenia), a przede wszystkim - dostarcza mnóstwo treści dla osób zainteresowanych modą.

Ale, ale! Świetnym przykładem (i to polskim!) jest aplikacja serwisu aukcyjnego Allegro.pl. I chociaż tutaj marka jest silnie obecna, trzeba odnotować, że mimo wszystko - jest ona nastawiona na maksymalną użyteczność.

Warto jednak zwrócić uwagę na Zippo - producenta zapalniczek ( a więc produktu mało nośnego marketingowo), który stworzył aplikację zmieniającą iPhone'a w latarkę.
Genialnie proste, oczywiste, a do tego skuteczne.

Inny ciekawy przykład - Whole Food Recipes - mnóstwo przepisów kulinarnych: kolejna aplikacja stawiająca użyteczność ponad promocją samego brandu.

Przykładów tego typu jest wiele, ciągle jednak mogłoby być więcej takich aplikacji dedykowanych, ale przede wszystkim przydatnych w codziennym funkcjonowaniu - a nie tylko będących kwiatkiem do kożucha. Takie bowiem bezsensowne rozrywki, chociaż często śmieszne, po jakimś czasie się po prostu nudzą. A wraz z nimi, nie daj Boże, może znudzić się sama marka.

13 kwietnia 2009

Marka Apple silniejsza od Polski

W najnowszym "Businessweeku" możemy znaleźć listę 50 najbardziej innowacyjnych przedsiębiorstw. Na pierwszym miejscu - co nie dziwi - Apple; dalej Google i Toyota.
Z ciekawszych rzeczy - chciałabym zwrócić uwagę na ankietę przeprowadzoną wśród czterech CEO tak potężnych firm, jak McDonald's, Infosys, 3M i Intel: mieli oni wymienić najbardziej innowacyjne - ich zdaniem - firmy.
Pierwsze miejsce? W 3 na 4 przypadkach - Apple. Uzasadnienie: Apple rozwija się dynamicznie, wyprzedzając rynkowe trendy; natychmiast dostosowuje się do potrzeb i pragnień klientów, ba, nawet je wyprzedza. STOP. W tym miejscu przenieśmy się do Polski, a dokładniej do głośnej niedawno sprawy z e-dyskryminacją w sklepie iTunes.
W tym kontekście "natychmiastowe dostosowanie się do potrzeb i pragnień klientów" wygląda nieco inaczej.
Pamiętamy przecież, że ludzie z Apple'a zapowiedzieli jakieś konkretne info dla polskich klientów dopiero za jakiś (blisko nieokreślony) czas, a co więcej - mieli dodać, że nie będą to informacje pomyślne [czytaj: polscy klienci=biedni klienci=mało nas obchodzą].
Jak więc się to ma do globalnego wizerunku marki? Ano, nijak!
Zwróćmy uwagę, jak silny jest innowacyjny, przyjazny użytkownikowi image Apple'a. Lokalne kryzysy - takie jak polski skandalik z iTunes, nie szkodzą owemu wizerunkowi.
Dlaczego tak jest?
Czy dlatego,że rzeczywiście jesteśmy takim krańcem świata, gdzie białe niedźwiedzie chodzą ulicami, a zamiast iPodów i iPhone'ów, można u nas kupić co najwyżej komórki z baterią-walizką i walkmany kasetowe?
Owszem, możemy dużo tłumaczyć amerykańską ignorancją. Jednak gdy mówimy o markach globalnych, nie można ignorować żadnego fragmentu składającego się na ostateczny obraz owego brandu. Warto w tym kontekście przypomnieć motto USA: E pluribus unum. Wiele stanów z różnymi prawami, zwyczajami, różnym poziomem rozwoju gospodarczego, różną mentalnością mieszkańców, ale w efekcie mamy jedno silne państwo, światowe (mimo wszystko) mocarstwo.
Czy fakt odpuszczenia sobie przez Apple'a Polski zaszkodzi wizerunkowi firmy?
Z materiału "Businessweeka" widzimy, że niespecjalnie.

1. Apple dominuje jednak przede wszystkim w USA.
2. Jesteśmy ciągle małym rynkiem
3. Działamy w pojedynkę. Wspólny front z państwami regionu byłby już dobrze słyszalny.
4. Mamy kryzys: Ameryka patrzy na Amerykę.
5. Brak w Polsce tak szeroko zakrojonej dyskusji publicznej wokół IT, sieci, wykorzystania nowych mediów w kontekście biznesu.
6. Być może najbardziej kontrowersyjny, aczkolwiek być może najbardziej prawdziwy powód, dla którego Apple może swobodnie ignorować polski rynek: brak u nas wyraźnej grupy tzw. early adopters. Nie twierdzę, broń Boże, że ich w ogóle nie ma: są. Jednak w Polsce nie przejmujemy nowości wprost z Zachodu, tylko najpierw zazwyczaj je inkorporujemy do własnego środowiska społecznego: vide - Nasza-klasa, Allegro itd. Później, gdy na rynek wchodzi "właściwy", pierwotny pomysłodawca-twórca, polski rynek jest zdominowany przez rodzimą wersję owej usługi.
Jeśli chodzi o Apple'a - iPody i iPhone'y długo były w Polsce niedostępne, a później - były (i są nadal) zdecydowanie droższe niż konkurencja, często oferująca lepsze technologicznie rozwiązania (bo Apple najpierw wrzuca na nasz rynek dosyć stare wersje swych produktów).

W Polsce Apple - pomimo takiego, a nie innego traktowania naszego rynku - cieszy się ciągle dobrą opinią, praktycznie identyczną z tą, którą cieszy się np. w USA.
Pewnie dlatego, że wiedzę o korporacji czerpiemy z zachodnich źródeł, samemu rzadziej korzystając z produktów tej firmy. Zresztą - narzekać na Apple'a to branżowa herezja.