Pokazywanie postów oznaczonych etykietą promocja kultury. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą promocja kultury. Pokaż wszystkie posty

17 maja 2009

Polska kultura gadżeciarska

Instytut Adama Mickiewicza będzie promował polską kulturę, rozdając..."biżuterię do telefonu komórkowego". Cóż, w końcu jesteśmy krajem Dody, która swego czasu była twarzą zawieszek na komórkę.

Czepiam się, oczywiście. "Karabińczyki" to gadżet ciekawy, średnio oryginalny i średnio przydatny. Jest jednak prosty, odchodzi od promowania Polski z perspektywy wewnętrznej (np. zestaw wąsów - Małysza, Wałęsy czy Piłsudskiego - na użytek wewnęrzny rewelacja!)

Ale...chwila, chwila: jaką polską kulturę chcemy promować? Nie uważam wcale, że powinniśmy trwać w martyrologii, a i klasyków przecież nie zaszkodzi trochę odbrązowić.
Brakuje jednak spójności między karabińczykiem a polską kulturą promowaną do tej pory przez IAM.
Ktoś, komu spodobałyby się zawieszki a la Doda, nie pójdzie na przegląd filmów Kieślowskiego - nie ma szans. Ba! Nawet Masłowskiej nie przeczyta! Przyczyna jest prosta: chybiona grupa docelowa.

Pisałam w poprzedniej notce, że nie mamy do siebie dystansu, a teraz, gdy ten "dystans", śmiem mieć zastrzeżenia.
Ano śmiem: co innego promocja Polski jako takiej, a co innego - promocja Polskiej kultury.
Nie mam nic przeciwko kulturze popularnej - nie pozuję na intelektualistkę czytającą Habermasa do frytek. Chociaż Baumana mi się zdarzało;)
Jednak nikomu i niczemu nie urągając: polska kultura popularna to w znacznej części podróbka tego, co na świecie już dawno obecne jest i co się już opatrzyło.

Popatrzmy na przykład z Rosji: TATU odniosło sukces na Zachodzie, pomimo, że dziewczyny śpiewały po rosyjsku. A raczej: zwłaszcza dlatego, że śpiewały po rosyjsku!
Dodając do tego lesbijski skandalik (czyli to, czego ludzie chcą - sensacja) - efekt gotowy.
TATU zaoferowało coś innego, coś, czego świat jeszcze nie znał. Co się stało, gdy dziewczyny zaczęły śpiewać po angielsku? Słuch o nich zaginął.

Ale wracając do "Karabińczyków": gadżet jest ok, ale nie odpowiada temu, co IAM promuje.
IAM nie odświeża w ten sposób wizerunku polskiej kultury - wręcz przeciwnie: wprowadza do wizerunku zamieszanie.
Brak spójnego wizerunku to chyba najgorszy grzech brandów - co innego mówimy, co innego robimy, a pokazujemy to jeszcze inaczej.

Do obecnego komunikatu IAM pasuje bardziej gadżet, który zajął drugie miejsce: białe spinki do mankietów, na których nadrukowano czarne polskie znaki: "ą" czy "ś".
Łączą i Chopina (będzie intesywna kampania, w końcu rok Chopina), i nowoczesność, nie przecząc sobie wzajemnie. Dodatkowo - są gadżetem przydatnym. Przydatnym - a więc będą noszone. A polska kultura będzie wtedy promowana i na lunchach biznesowych, i na wieczorkach kultury japońskiej. "Dziwne" litery mogą być też dla cudzoziemców okazją do nawiązania rozmowy (między właścicielem spinek - obcokrajowcem X, a -dajmy na to - jego kontrahentem z drugiego końca globu) - mamy marketing szeptany działający na zasadach efektu mnożnika.